The Legs, the Nose and Mrs Robinson.
Uwaga! Blog sponsorowany przez River Song - pełen SPOILERÓW.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Classic Series. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Classic Series. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lutego 2011

Classic Doctor Who - Enlightenment

Obejrzałam właśnie ostatnią część trylogii Black Guardiana i, z tego co pamiętam, to najgorszy odcinek z tych trzech. O poprzednich dwóch (Mawdryn Undead i Terminus) pisałam w lipcu (!). Jak widać stare serie przyswajam bardzo powoli. Tym razem robiłam sobie notatki podczas oglądania, ale jest ich za dużo, żeby po prostu wrzucić je na Whomanistykę.

Zaczyna się standardowo - z TARDIS dzieją się dziwne rzeczy, ucieka energia, a zblazowany Rudy gra w szachy. Zjawia się też nowy bohater! To White Guardian, którego możemy rozpoznać po białym ptactwie na głowie. Przypominam, Black Guardiana rozpoznajemy po czarnym ptactwie i po doprawdy epickim mrocznym śmiechu. Okazuje się, że rzeczony White Guardian usiłuje przekazać Piątemu jakąś wiadomość, ale jego czarny odpowiednik wraz z Turloughem udaremniają porozumienie. Udaje mu się tylko wysłać TARDIS w jakieś tajemnicze miejsce. Wszystko wskazuje na to, że jest to dziewiętnastowieczny brytyjski żaglowiec, widz się już cieszy, że WRESZCIE nie w kosmosie, ale gdzie tam! Nasi bohaterowie trafiają na statek kosmiczny, który tylko udaje żaglowiec.

Po co, pytacie? Śpieszę wyjaśnić. Otóż, statkiem zarządza cała brygada niejakich Wiecznych (szkoda, że nie Przedwiecznych, już to widzę - Cthulhu przebrany za kapitana), którzy bawią się w wyścig po kosmosie. Że sami są potwornymi nudziarzami, to potrzebują ludzi - żywią się ich umysłami i ideami. Co ciekawe, jeden z nich zakochuje się w Tegan (twierdzi, że jej umysł taki niezwykły, ale ja obstawiam niezwykłą moc dekoltu), łazi za nią wszędzie, chce ją zadowolić (NAPRAWDĘ), a ostatecznie ją upija jakąś "miksturką". Zresztą ciągłe znikanie i pojawianie się Tegan jest jakimś motywem przewodnim tego odcinka.

W zasięgu wzroku pałętają się też statki z innych ziemskich epok, ale odwiedzamy tylko jeden - taki więcej piracki. Zarządza nim bardzo niedobra (ale również Wieczna) kapitan, która zgadała się z Black Guardianem! Domyślacie się, że nie kończy się to dla niej dobrze. 

Jeszcze jedno - czemu oni chcą zwyciężyć w tym całym wyścigu? Stawką jest Oświecenie, nagroda sponsorowana przez Guardianów. Ale nie martwcie się, Doctor ich przechytrzy.

Prawdę mówiąc, odcinek nudny jak cholera, ale ma momenty. Głównie zabawne. No, jeden dramatyczny - kiedy Turlough wyskakuje za burtę statku. I może jeszcze jeden, kiedy odrzuca ostatecznie wszelkie oferty Black Guardiana, rezygnuje z proponowanego mu Oświecenia i przystaje do Doctora, który mu wspaniałomyślnie wybacza. Kocha go, NA PEWNO.

Obejrzyjcie sami na DailyMotion.
Poczytajcie na BBC i na TARDIS wiki.

wtorek, 6 lipca 2010

'Terminus' - obejrzawszy

Wczoraj wieczorem wzięłam się za kolejny odcinek z Rudym i wstyd przyznać, oglądałam go na raty. Potrzebowałam aż trzech podejść! I nie wiem, czy tak trafiłam, czy Piąty jest jakiś nudny. Nic nie robi ciekawego, mało mówi. Tylko seler naciowy w klapie marynarki (płaszcza?) go ratuje. No ale nie mogę go sobie odpuścić, bo (jak usłużnie podpowiada mi TARDIS wiki) początek przygody Rudego z Doctorem to również początek Black Guardian Trilogy, więc wypada obejrzeć całość. No, ale dwie trzecie już za mną.

Fabuła od początku jest dość zabawna. Rudy mało dyskretnie gada z Black Guardianem i jeszcze mniej dyskretnie szpieguje. Dostaje jednak pokój w TARDIS. Używany co prawda, po Adricu (jak znów mi mówi TARDIS wiki), ale zawsze. Jak tylko zostaje sam, to rusza do konsoli TARDIS i stara się wyrwać jej serce! Gołymi rękami. Trochę mi się to kłóci z tym, co widziałam w Boomtown i Parting of the Ways, ale whatever. Dzięki, RTD! W każdym razie Rudy osiąga jakiś efekt - TARDIS zaczyna się rozpadać czy raczej rozmazywać. Doctor oczywiście ratuje sytuację, ale biedna Nyssa zmuszona jest przejść przez tajemnicze drzwi, które pojawiły się w jej pokoju. Dodam, że na drzwiach widnieje jeszcze bardziej tajemnicza (i kolorowa!) czacha.

TARDIS uratowana, teraz trzeba się zająć Nyssą. Doctor rusza za nią przez tajemnicze drzwi, uprzednio nakazawszy Rudemu i Tegan zostać na miejscu. I oni nawet słuchają! Choć oczywiście nie na długo. Okazuje się, że przejście wiodło do statku kosmicznego (znowu! nuda), na którym nie ma nikogo oprócz jakichś obandażowanych wyjców i robota z wypustkami. Podczas gdy Doctor odnajduje Nyssę, Turlough konspiruje z Black Guardianem i utyka z Tegan pod podłogą. Poznajemy też nowych bohaterów - Kari i Olvira, którzy chyba zapatrzyli się na Davida Bowie (bez urazy dla Davida). Dodatkowo, Olvir ma kucyk zupełnie taki jak Rory! I jakże gustowny makijaż. Po statku pałęta się również cała ekipa piaskowych dziadków w pelerynach, którzy okazują się być jakąś organizacją zajmującą się trędowatymi. Tak, TRĘDOWATYMI. W kosmosie! Na dodatek ćpają coś zielonego.

To jeszcze nie wszystkie osoby dramatu. Na usługach rycerzy pozostaje dziwaczne stworzenie z głową psa i czerwonymi oczami, ubrane w szałowe wdzianko z szarych trójkącików. Nie przypuszczałam, że zatęsknię za różowymi falbankami!

Zastanawiam się, czy będzie odcinek, w którym oni będą biegali wszyscy razem? Chociaż wtedy nie upchnęliby tylu wątków... Doctor i Kari muszą uratować Wszechświat przed zniszczeniem w ponownym Wielkim Wybuchu, Olvir biega za Nyssą, która zaraziła się trądem i zrzuca z siebie kolejne warstwy ciuchów, a Rudy i Tegan siedzą w klimatyzacji, chyba po to, żeby nie przeszkadzali.

A na koniec Nyssa postanawia opuścić Doctora i umrzeć za ojczyznę. Amen.

Obejrzyjcie na DailyMotion.
Poczytajcie na BBC i na TARDIS Wiki.

poniedziałek, 5 lipca 2010

'Mawdryn Undead' - obejrzawszy

Tak, w końcu wzięłam się stare, to znaczy klasyczne, serie.

Zaczęłam zupełnie od środka, ale wcale nie tak zupełnie bez sensu. Mawdryn Undead jest bowiem pierwszym odcinkiem, w którym pojawia się Turlough - rudy chłopiec, pragnący przyłączyć się do Piątego, w celu (uwaga!) zabicia go. Bardzo dramatyczne. Przez cały odcinek moje uczucia skakały od Ale o co chodzi? przez Co za bzdura! do Hmm... Całkiem niezły pomysł.

Zacznijmy od czołówki. Niezła. Twarz Petera Davisona układająca się z gwiazd... Ładne to. Nie takie widowiskowe jak te dzisiejsze czołówki, ale i tak mi się podoba.

I od razu pojawia się Turlough. Nie dość, że rudy, to w szałowym kapeluszu (o jakim nie tak skrycie marzę). Ponadto - demoralizuje kolegę i namawia go do szybkiej jazdy samochodem, co oczywiście kończy się wypadkiem. Chłopcy wpadają na Brygadiera! Niegrzeczny Turlough traci przytomność i we śnie zjawia mu się tajemniczy złol w szałowym wdzianku. Jest to nie kto inny jak Black Guardian, który podpuszcza niewinnego młodzieńca, żeby zabił Doctora. Łotr, jednym słowem. Na dodatek ma na głowie jakiś martwy drób, który początkowo wzięłam za wodorosty. Nie wiem zresztą, co gorsze. Po chwili znika, ale komunikuje się z naszym bohaterem za pomocą dość tandetnego plastikowego kryształu, któremu brakuje tylko napisu Pamiątka z Zakopanego.

Tymczasem Doctor, do spółki z Tegan i Nyssą (które obie ganiają w mini, więc nie wiem, jak można się czepiać spódniczek Amy) lądują TARDIS na tajemniczym statku kosmicznym wyglądającym jak luksusowy prom (bynajmniej nie kosmiczny). Złoto, marmury, kandelabry. Wiecie. Na ten sam statek przenosi się Turlough z pomocą Black Guardiana i czegoś wyglądającego jak wielka wyciskarka do cytrusów. Spotyka Doctora i razem wracają na Ziemię. I tu zaczyna się przygoda.

Po pierwsze, Brygadier nie pamięta Doctora. Po drugie, u Tegan i Nyssy w TARDIS zjawia się tajemniczy gość, który podaje się za Doctora po regeneracji, ale wygląda, jakby ktoś go starannie pomalował czarnym markerem. Pamiętajcie,  jak ktoś was pomaluje markerem, połóżcie się na podłodze i przykryjcie kocem. Pomaga. Po trzecie, dziewczęta lądują w TARDIS we właściwym miejscu, ale z niewłaściwym czasie i zabierają ze sobą na statek młodego Brygadiera. Na statek wracają też Doctor, Rudy i stary Brygadier. Przez pół odcinka wszystko dzieje się w dwóch czasach jednocześnie. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy tajemniczy nieznajomy okazuje się być nieumarłym draniem, który na dodatek ma siedmiu równie nieumarłych kumpli. I wszyscy chcą, żeby Doctor poświęcił dla nich swoje pozostałe regeneracje, co pozwoli im umrzeć. Jednym słowem - dramat.

I wszystko w szałowej scenografii, której motywem przewodnim są chyba pastelowe kolory. Biało-różowa TARDIS, fioletowe laboratorium kosmiczne... Nawet na nieumarłych dominują fiolet i róż. I gustowne falbanki. Tylko stary Brygadier ze swoją marynarką w stylu Jedenastego ratuje sytuację.

Obejrzyjcie na DailyMotion.
Poczytajcie na TARDIS Wiki.
Poczytajcie na BBC.