The Legs, the Nose and Mrs Robinson.
Uwaga! Blog sponsorowany przez River Song - pełen SPOILERÓW.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odcinki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odcinki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2012

Doctor Who. Dziewczę z paleniska

Na wniosek fanów Whomanistyki na fejsbuku obejrzałam sobie The Girl in the Fireplace. Nie obiecywałabym Wam cyklu recenzji odcinkowych, bo ani ze mnie recenzent, ani nie jestem na tyle systematyczna, żeby opisać wszystkie odcinki po kolei. Niemniej, jeśli dzięki tej notce sami nabierzecie ochoty na ponowne obejrzenie przygód Doctora w Wersalu, to cel osiągnięty.


Już sam początek odcinka jest doctorowy do szpiku kości. Scenarzysta najpierw serwuje nam Wersal, krzyki, tajemniczy zepsuty zegar i wołanie o pomoc do kominka, by za chwilę (tuż po czołówce) przenieść nas 3000 lat w przyszłość, na statek kosmiczny pozornie nie mający najmniejszego związku z fabułą.

Związek rzecz jasna po chwili się pojawia, ale i tak przez cały odcinek towarzyszy nam poczucie, że coś jest nie tak, a Moffat chyba przyjmuje jakieś niedozwolone substancje. Zabieg jest z jednej strony prościutki - skontrastowanie maszynerii statku kosmicznego, wszystkich tych kabli, diodek i czego tam jeszcze z pluszem, złotem i marmurem osiemnastowiecznej arystokratycznej Francji. Z drugiej strony jednak - jakże efektowny! Dwa światy niby są od siebie wyraźnie oddzielone, ale co i rusz przenikają się i łączą ze sobą. I o ile Doctor może się zachwycać kominkiem czy lustrem wiodącym do innego świata, to wyraz przerażenia i  obrzydzenia na twarzy Reinette, kiedy trafia ona na statek kosmiczny pozostaje widzowi w pamięci na długo. Chociaż i tak najlepszy jest koń.


Oczywiście skontrastowanie dwóch świetnych scenerii Moffatowi nie wystarcza. Dorzuca nam do tego nieco makabry w postaci części ludzkiego ciała wplecionych w okablowanie. Creepy. Do tego - przeplatanie się zabawnych sytuacji, żarcików i śmieszków z poważnym zagrożeniem i momentami smutkiem, zazdrością i innymi nieprzyjemnymi uczuciami. Co ciekawe, nie wiem, kto tu miał stanowić główny element komiczny - Mickey czy Arthur? I co jest najstraszniejsze? Sama idea potwora spod łóżka, który ma czelność spod tego łóżka wyleźć i zawładnąć całym życiem dorosłego już dziecka czy może patrzenie na Doctora, któremu udało się nie stracić Rose, ale daje rady ocalić Reinette i skazuje ją na niekończące się oczekiwanie...

O nie! Ale mi się smęt włączył! Dość! W tym odcinku były też przecież MOMENTY!



Oczywiście każdy fan Rose, Dziesiątego i ich Wielkiej Nieskończonej Miłości zakrywa teraz oczy łapkami i zapowietrza się z oburzenia, ale dla mnie ta scena jest bardzo przyjemna. Dziesiąty całuje się z Renią aż miło, a że w sezonie drugim David nie był jeszcze aż tak zachudzony i nie wyglądał jak śmierć na chorągwi, to patrzy się na to tym milej. (Zwłaszcza, że neck!porn jest obecny). Że już nie wspomnę o tym, że Renia jest ładniejsza od Rose i nie ma tak ohydnie pomalowanych rzęs. Te rzęsy Rose widać przecież na jednym strasznym zbliżeniu i jest to jeden z dwóch momentów w tym odcinku wymagających schowania się za kanapą. Drugi to Mechanizm Zegarowy wyciągający łapę do Dziesiątego zaglądającego po łóżko małej Reni. Podskakuję ze strachu za każdym razem!

Wracając do wyższości Madame de Pompadour nad Rose. Jak pisałam wczoraj, chodzą ploty, że Sophia Myles wraca do Doctora Who, może nawet jako nowa towarzyszka. Ploty te powodowały, że podczas oglądania The Girl in the Fireplace zupełnie beznadziejnie zaciskałam pięści i mruczałam: zostaw Rose! Zabierz ze sobą Renię! Niestety, nic takiego się nie stało... A chętnie bym zobaczyła Rose i Mickey'ego usiłujących przetrwać w osiemnastowiecznej Francji. Bez TARDIS. Już nie mówiąc o tym, że Reinette zaskakująco szybko łapie wszystkie zawiłości Doctorowego życia i myślę, że dobrze by się razem bawili. I ile by było tańczenia... Khem, khem. Ciekawe, jakie łóżko ma Dziesiąty? Co więcej, Reinette zadaje pytanie, które zakończyło siódmy sezon: Doctor who? Może powtórne pojawienie się Sophii Myles w serialu ma być wskazówką, jaka będzie odpowiedź?

Co do samego odcinka, jest w nim stanowczo za dużo doskonale napisanych scen:
  1. Dziesiąty zachwycający się pięknem Mechanizmu Zegarowego. Ja tam go rozumiem. Zmierzyć się z czymś tak przemyślnie zaprojektowanym i estetycznym! A nie jakiś pierdzący Slitheen.
  2. Doctor zaglądający do umysłu Reinette. O ile nie lubię motywu my lonely angel, o tyle muszę przyznać, że scena jest dobra, dialog wzruszający, a Madame doskonale wyczuwa, czego Dziesiątemu do szczęścia potrzeba. Uśmiechnięty Doctor, to lubię.
  3. Pijany Dziesiąty! Czy raczej udający pijanego. Po pierwsze, świetnie wygląda w rozpiętej koszuli, z krawatem zawiązanym na głowie... Po drugie, monologuje o bananie. Tego nie da się przecenić. Dziesiąty zresztą jest świetnym aktorem! To chyba te lata doświadczenia w oszukiwaniu towarzyszy i ukrywaniu swoich uczuć (I'm always okey). Przypomina mi się Family of Blood i Dziesiąty udający przerażonego Johna Smitha. No i Sherlock, który bezustannie gra kogoś innego!
  4. Dziesiąty z tą wielką spluwą. Wiem, że to była gaśnica. Ale wyglądał BOSKO.
  5. Doctor, który przekonuje Mechanizmy Zegarowe, że kontynuowanie działania jest właściwie bez sensu i powinny sobie darować dalsze próby zrobienia czegokolwiek. Majstersztyk. No i jedno z głównych przesłań DW - nie musimy wcale działać przemocą.
  6. Wszystko, co mówi Reinette.
Podczas oglądania tego odcinka nie da się nie zauważyć, że pan Moffat lubi się powtarzać. Co najbardziej oczywiste: mała Renia i mała Amelka. Obie czekają na Doctora, obie nazywają go swoim wymyślonym przyjacielem, obie Doctor ratuje przed potworem czającym się w ich dziecięcych sypialniach i obu nie poznaje, gdy wraca do nich pozornie po chwili. Tylko tylko, że Amelii udaje się w końcu wyruszyć z nim w podróż. No i obu pannom udaje się pocałować Doctora. Zarówno w tym odcinku, jak i w Eleventh Hour Doctor używa frazy You've got some cowboys in here

No i jeszcze:

[Reinette] What do monsters have nightmares about?
[Doctor] Me!

[Elliot] Are you scared of monsters?
[Doctor] No, they're scared of me.

Na koniec chciałam zaznaczyć, że mamy tu kolejny dowód na to, że BBC ma pięciu aktorów. Albo na to, że Doctor odwiedził świat Merlina, ponieważ Reinette spaceruje sobie po ogrodzie z Ginewrą. Innego wytłumaczenia nie ma.

A na koniec coś dla tych, którym udało się obejrzeć St. Trinian's 2.


środa, 28 grudnia 2011

"The Doctor, the Widow and the Wardrobe", czyli Doctor Who na święta

Oj. Oj. Jak wiedzą już wszyscy, którym zdarza się odwiedzać whomanistycznego fejsbuka, wielce się zawiodłam. A nie miałam nawet wielkich oczekiwań co do tego odcinka, bo po prostu nie miałam czasu na oczekiwanie.

Ale zacznijmy od plusów. Fantastyczna muzyka. Kto jak kto, ale Murray Gold nigdy nie zawodzi. W obu znaczeniach tego słowa. Aczkolwiek miałam wrażenie, że jest tej muzyki za mało.

Drugi plus. To małe rude. Cyryl znaczy. Czy teraz w każdym odcinku będzie musiał być ktoś rudy? Jestem zdecydowanie za!

Piękna, bajkowa scenografia. Świat W Kartonie był bardzo urokliwym miejscem. Śnieżnie, drzewnie, gwiazdkowo, bardzo ślicznie, nic tylko wypatrywać pana Tumnusa wychylającego się zza tych świerków czy jodeł, czy ich kosmicznych odpowiedników. Również - świetne kostiumy! Uwielbiam lata czterdzieste, więc bezustannie zachwycałam się płaszczykami, broszkami, fryzurami czy innymi piżamami. Do tego doskonałe tapety. Zawsze zwracam uwagę na tapety.

No i naprawdę klawe efekty specjalne. 

Plusów w tej chwili więcej sobie nie przypominam, może powinnam obejrzeć ponownie, najlepiej jak już nie będę zachorzała, ale jakoś w tej chwili nie mam na to najmniejszej ochoty. Niestety. No, może troszkę.

Przejdźmy teraz do tego, co mi się nie podobało. Moje ogólne wrażenie jest takie, że odcinek, mimo kilku Momentów, był... nudny. Niewiele się działo, a to co się działo, było zupełnie bez ładu i składu. Oraz, jak słusznie zauważył zwierz, leciało schematem. A nawet dwoma: popkulturowym (szukamy zaginionego dziecka) i moffatowym (ach, siła miłości rodzicielskiej!). Co to tego drugiego, chyba mam za mało progesteronu. Albo nastąpiło zmęczenie materiału, bo ani mnie to wzrusza, ani bawi. A jeszcze jak Doctor przyjechał na Święta do Pondów, dał się zaprosić na obiad, a potem jeszcze URONIŁ ŁEZKĘ... Do tej pory jestem nieco zniesmaczona. I znów muszę się powołać na zwierza, który stwierdził, że tegoroczny odcinek świąteczny nie pozwolił nam zapomnieć, że to jednak serial dla dzieci. Marnie dosyć. Zdecydowanie Christmas Carol pozostaje moim ulubionym odcinkiem świątecznym (a teraz mam jeszcze plakat ze Świata seriali, więc hoho).

Co do Madge i wszechobecnych zachwytów, że Moffat wreszcie stworzył bohaterkę silną, niezależną od mężczyzn i działającą na własną rękę - whatever. Mnie akurat nie przeszkadzają towarzyszki w stylu Och, Doctorze, cóż to, ratunku! Wręcz przeciwnie, bardzo je lubię. Nie znaczy to, że życzyłabym sobie powrotu Amy. Ale taki Rory z drugiej strony... W każdym razie, chciałabym nowego towarzysza. W miarę możliwości płci męskiej. Drugą dopuszczalną opcją jest River, chociaż ona jest chyba lepsza z doskoku. I pomyśleć, że kiedyś nie przepadałam za tą postacią.

A więc, odcinek był moim zdaniem nieskładny, a jednocześnie schematyczny i przesłodzony. Przy tym - momentami bardzo głupi, nawet jak na standardy Doctora Who. Jakoś nie czuć w nim było magii Świąt...

niedziela, 24 kwietnia 2011

Doctor Who i wesołe kurczaczki

No dobra, stęskniłam się za pisaniem, więc z okazji świąt Wielkiej Nocy powstanie notka. Hura! Bardzo długa zapewne. Ale nie czytajcie, jeśli nie obejrzeliście The Impossible Astronaut, bo będę przeżywać. (Jeśli chcecie obejrzeć, zapraszam na chomika. Polskich napisów nie ma, ale uczcie się angielskiego, ludki, uczcie.)

Ja oczywiście jestem odcinkiem zachwycona - tylko Amy zaczyna mnie coraz bardziej nużyć, ale chyba dlatego, że nie odpowiada mi gra aktorska Karen. Za to Arthur i Alex! To jest klasa! Rozmowa przy drzwiach, za którymi kryła się konsola z The Lodger - bardzo przejmująca. Bardzo dobrze zagrana. A jak już jesteśmy przy konsoli - nie spodziewałam się, że tak szybko ją zobaczymy. I BARDZO się cieszę, że Jedenasty wreszcie zaczął flirtować z River. Bardzo to przyjemnie wygląda.

Ciekawa jestem, jak odkręcą śmierć Doctora. Bo przecież będą musieli. Prawda?

Cisza. Nie wiem, czy są straszniejsi od Płaczących Aniołów, ale niemal im dorównują. Kosmita, którego nie pamiętasz? Coś, co widzisz kącikiem oka. Szelest czy inne tajemnicze chrobotanie w domu. Wydaje się, że nic tam nie ma, a to Cisza. A mi od kilku dni coś hałasuje w okolicy okna...

Canton - fantastyczna postać. Nie podoba mi się jego głos, ale mam nadzieję, że będzie go dużo za tydzień. I nie mam pojęcia, jak Moff zamierza to wszystko wyjaśnić w 45 minut.

Jeszcze jedno - kiedy Doctor będzie miał nowy śrubokręt?!

I cały czas szalenie mnie cieszy widok nazwiska Arthura w czołówce.

Odcinek był poświęcony pamięci Elisabeth Sladen, a po nim wyemitowano pożegnanie: My Sarah Jane. Tribute to Elisabeth Sladen. Możecie je obejrzeć na YouTube (część pierwsza i część druga) albo pobrać z chomika. Naprawdę warto to zobaczyć - piękne, proste pożegnanie. Wzruszające, ale bez pompatyczności i przesady. A z innych walorów - Matt ma naprawdę długie włosy (a jest w kostiumie Doctora!), a John Barrowman wygląda bardzo dobrze, zapewne przypakował do Torchwood USA.

Czy ktoś jeszcze nie może się zaczekać następnej soboty? Na milsze czekanie - zwiastun odcinka drugiego - Day of the Moon.

Oraz dwa krótkie fragmenty.


I fragment przyszłotygodniowego confidentiala.

To ja znów znikam!

niedziela, 13 lutego 2011

Classic Doctor Who - Enlightenment

Obejrzałam właśnie ostatnią część trylogii Black Guardiana i, z tego co pamiętam, to najgorszy odcinek z tych trzech. O poprzednich dwóch (Mawdryn Undead i Terminus) pisałam w lipcu (!). Jak widać stare serie przyswajam bardzo powoli. Tym razem robiłam sobie notatki podczas oglądania, ale jest ich za dużo, żeby po prostu wrzucić je na Whomanistykę.

Zaczyna się standardowo - z TARDIS dzieją się dziwne rzeczy, ucieka energia, a zblazowany Rudy gra w szachy. Zjawia się też nowy bohater! To White Guardian, którego możemy rozpoznać po białym ptactwie na głowie. Przypominam, Black Guardiana rozpoznajemy po czarnym ptactwie i po doprawdy epickim mrocznym śmiechu. Okazuje się, że rzeczony White Guardian usiłuje przekazać Piątemu jakąś wiadomość, ale jego czarny odpowiednik wraz z Turloughem udaremniają porozumienie. Udaje mu się tylko wysłać TARDIS w jakieś tajemnicze miejsce. Wszystko wskazuje na to, że jest to dziewiętnastowieczny brytyjski żaglowiec, widz się już cieszy, że WRESZCIE nie w kosmosie, ale gdzie tam! Nasi bohaterowie trafiają na statek kosmiczny, który tylko udaje żaglowiec.

Po co, pytacie? Śpieszę wyjaśnić. Otóż, statkiem zarządza cała brygada niejakich Wiecznych (szkoda, że nie Przedwiecznych, już to widzę - Cthulhu przebrany za kapitana), którzy bawią się w wyścig po kosmosie. Że sami są potwornymi nudziarzami, to potrzebują ludzi - żywią się ich umysłami i ideami. Co ciekawe, jeden z nich zakochuje się w Tegan (twierdzi, że jej umysł taki niezwykły, ale ja obstawiam niezwykłą moc dekoltu), łazi za nią wszędzie, chce ją zadowolić (NAPRAWDĘ), a ostatecznie ją upija jakąś "miksturką". Zresztą ciągłe znikanie i pojawianie się Tegan jest jakimś motywem przewodnim tego odcinka.

W zasięgu wzroku pałętają się też statki z innych ziemskich epok, ale odwiedzamy tylko jeden - taki więcej piracki. Zarządza nim bardzo niedobra (ale również Wieczna) kapitan, która zgadała się z Black Guardianem! Domyślacie się, że nie kończy się to dla niej dobrze. 

Jeszcze jedno - czemu oni chcą zwyciężyć w tym całym wyścigu? Stawką jest Oświecenie, nagroda sponsorowana przez Guardianów. Ale nie martwcie się, Doctor ich przechytrzy.

Prawdę mówiąc, odcinek nudny jak cholera, ale ma momenty. Głównie zabawne. No, jeden dramatyczny - kiedy Turlough wyskakuje za burtę statku. I może jeszcze jeden, kiedy odrzuca ostatecznie wszelkie oferty Black Guardiana, rezygnuje z proponowanego mu Oświecenia i przystaje do Doctora, który mu wspaniałomyślnie wybacza. Kocha go, NA PEWNO.

Obejrzyjcie sami na DailyMotion.
Poczytajcie na BBC i na TARDIS wiki.

sobota, 25 grudnia 2010

Bez szans. Zupełnie niemożliwe. Chyba że w święta

Czyli - udało mi się wreszcie obejrzeć A Christmas Carol.
WIĘC UWAGA NA SPOILERY!

O słodka naiwności, a ja myślałam, że Amy i Rory są przebrani na jakąś imprezę, a oni tak w sypialni, we dwójkę, no, no, no, panie Moffat!

Pierwsze miłe zaskoczenie - Arthur Darvill wymieniony w napisach początkowych. Czy nie cudownie? I czy to znaczy, że Rory awansował na etatowego towarzysza? Bardzo przyjemnie, bardzo.

Micheal Gambon jako Kazran Sardick - doskonały! I jaka dykcja! Nie to, co Matt, bez urazy oczywiście. I jaki podły, i odrobinę szalony. Bardzo ciekawa postać, bardzo mi się to podobało. Piękne były sceny, w których stary Kazran oglądał nagranie z dwunastoletnim sobą, kiedy wracały do niego nowe wspomnienia, kiedy oglądał zdjęcia. Swoją drogą, chciałabym te zdjęcia wszystkie. Mogą być w jpg.

Doctor! Szalony Jedenasty! Uwielbiam. Zdjęcie ze świętym Mikołajem, Frankiem Sinatrą i Albertem Einsteinem? Duet z Frankiem, jak mniemam również Sinatrą? ŚLUB z Marylin Monroe?! Tak się zastanawiam, czy to jest bigamia...? Dużo gadania, dużo biegania i ruszania się jak pijana żyrafa. Bardzo satysfakcjonujące, rzecz jasna.

I sprawdziły się przewidywania, Doctor naprawdę stara się zmienić Kazrana poprzez serię licznych wizyt w jego przyszłości. 7 kolejnych wigilii wyruszają na radosne przygody razem z Abigail. Super! A nastoletni Kazran był bardzo do rzeczy. BARDZO. Zwłaszcza w tym fraku, czy co on tam nosił.

Czy wszyscy zauważyli sherlockowy moment Doctora? Czy to znaczy, że Benedict będzie Masterem?

Może trochę o oprawie graficznej. Przede wszystkim, trochę steampunkowa. Bardzo mi to odpowiada, bardzo. Wszyscy w goglach! No i ryby pływające we mgle, jakże pięknie, jaki wzruszająco prosty acz efektowny pomysł. Chciałabym, żeby jeszcze odwiedzili tę planetę, choć to chyba niemożliwe.

I zastanawiam się, czy Doctor będzie miał nowy śrubokręt?

Katherine Jenkins - świetnie sobie poradziła aktorsko, a to jej debiut! No i jej głos. Czyż nie piękny? Nie słyszałam jej wcześniej i byłam zaskoczona. Wzruszające (znowu!).

Nowy strój Doctora! Marynarka z innego materiału, nowa koszula w krateczkę i nowa muszka, większa jakby, a na pewno o innym kroju. Ładnie.

Muszki, fezy, szaliki w paski, czapki Świętego Mikołaja! Nie za dużo tego dobrego?

Zaprzęgnięcie latającego rekina do dorożki. Najs.

Może wystarczy tych wrażeń. Piękna historia. Ja się oczywiście spłakałam, z tym akurat Moffat nie kłamał. Moim zdaniem to najlepszy odcinek świąteczny do tej pory. BYŁ świąteczny, a nie tylko dział się w Święta. 

A Wy jak myślicie? Podobał się Wam? Zapraszam do dyskusji w komentarzach albo na forum. Albo i tu, i tu, czemu nie.

środa, 27 października 2010

Death of the Doctor - Part 2 - obejrzawszy

No, nie dłużyło mi się to tak, jak pierwsza część. Więcej Matta. Oczywiście, że dlatego. Pierwsze spostrzeżenie jest takie, że Matt był w SJA dużo naturalniejszy niż David. Jak on fantastycznie gra naprawdę starego, mądrego człowieka! A jednocześnie jest kompletnym wariatem. Uwielbiam.

Fabuła oczywiście bez sensu i na siłę, jak to w Przygodach. Nie rozumiem przede wszystkim jednej rzeczy - Sarah Jane i Jo miały sobie przypomnieć klucz do TARDIS. A skąd Jo niby miała wiedzieć (bo Sarah Jane to jeszcze może), jak ten klucz teraz wygląda? Przecież za jej czasów to nie był taki ordynarny klucz, jak teraz!

Muszę wspomnieć o Santiago, boskim młodocianym surferze. Muszę, wybaczcie. Jaki on był biedny i nieszczęśliwy! Rodzice się nim nie zajmowali! Stanowczo trzeba go pocieszyć. I jeszcze chodził w tej koszulce z dekoltem i takich ładnych dżinsach...

Odcinek obfitował też w doznania estetyczne. Po pierwsze - Matt. W nowej koszuli. Czołgający się po kanałach wentylacyjnych. Ratujący kochane dziatki. Po drugie - Santiago (patrz poprzedni akapit).

Ależ Jo Grant ma przerażające usta.

Piękna była scena, w której Jedenasty wspomina, że jako Dziesiąty odwiedził przed śmiercią wszystkich swoich towarzyszy. Smutne to było, odrobinę patetyczne (RTD!), ale podobało mi się. Co ten doctorowy głód robi z człowiekiem, doprawdy.

Ale chyba jestem zbyt zmęczona na jakieś błyskotliwe uwagi.

poniedziałek, 25 października 2010

Death of the Doctor - obejrzawszy

Uwaga na spoilery, bla bla bla.

A więc - obejrzałam Death of the Doctor (jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, zajrzyjcie do poprzedniej notki). I, hoho, moi państwo, nie jest tak źle, jak się spodziewałam! (Mając w pamięci The Wedding of Sarah Jane Smith z Davidem.) Nie wiem, może to była kwestia nastawienia, ale podobało mi się. Oczywiście, nie spodziewajcie się za wiele - Doctor pojawia się dopiero pod koniec odcinka, ale za to w bardzo spektakularny sposób.

Ale może nie od końca.

Zaczyna się od najazdu UNITu na dom Sary Jane. Z dwóch samochodów wysiada nie wiedzieć czemu cała gromada żołnierzy w charakterystycznych czerwonych beretach. Ich dowódca (pani o wyglądzie wrednej suki) informuje naszych bohaterów, że Doctor nie żyje. Zaraz dowiadujemy się też, że jego ciało zostało znalezione w odległej galaktyce i sprowadzone na Ziemię przez kosmicznych grabarzy (sic!), którym zaraz też możemy się przyjrzeć na holograficznej wiadomości. Taaak, to te koszmarne sępy, które widzieliście na zdjęciach promocyjnych. Sarah Jane wygłasza tu wielce rozsądną uwagę. Spójrzcie, jak to wygląda! Na pewno kłamie! I oczywiście nie może nie mieć racji. Jeżeli w serialu dla dzieci pojawia się wielki sęp w welurowym fioletowym szlafroku, to musi coś kombinować! I nawet kolorowe kryształki na czole i harfa mu nie pomogą. Chyba że w realizacji ZŁEEEGO planu.

Sarah Jane, Clyde (mój ulubieniec) i Rani zostają zaproszeni na pogrzeb Doctora, który ma odbyć się w tajnej bazie UNITu, dokąd zabiera ich wojskowy samochód. Tam też zostają im przedstawione sępy w welurze i małe niebieskie Graski, które są Groskami (taaa...), oglądają rakietę, w której ciało Doctora ma zostać wystrzelone w kosmos, co jest całkiem niezłym pomysłem, i mogą sobie popatrzeć na trumnę. Doctor rzekomo został bardzo poharatany i nikt nie może na niego spojrzeć. JASNE.

I tutaj wkracza na scenę nasza stara znajoma - Jo Grant (która okazuje się być babcią boskiego surfera imieniem Santiago, ale to chyba tylko mnie interesuje). Jo jest przeurocza. Gada jak najęta i od razu zaprzyjaźnia się z Sarą Jane. Naprawdę. Podskakiwanie i trzymanie się za rączki w wykonaniu sześćdziesięcioletnich pań może być fajne. Hurra dla Jo, jest super. (Santiago też, też, też!)

Jo potwierdza również przypuszczenia Sary Jane - obie towarzyszki (byłe, bo byłe, ale jednak) są przekonane, że gdyby Doctor naprawdę umarł, to poczułyby coś. A więc - Doctor żyje! Intuicja ich nie zawodzi, na szczęście. Jedenasty pojawia się w szalony sposób, którego łaskawie nie zdradzę, podobnie jak podłego planu welurowych sępów z Ulicy Sezamkowej.

OBEJRZYJCIE! (O ile jeszcze wam się chce po przeczytaniu tej przydługiej recenzji.)

wtorek, 6 lipca 2010

'Terminus' - obejrzawszy

Wczoraj wieczorem wzięłam się za kolejny odcinek z Rudym i wstyd przyznać, oglądałam go na raty. Potrzebowałam aż trzech podejść! I nie wiem, czy tak trafiłam, czy Piąty jest jakiś nudny. Nic nie robi ciekawego, mało mówi. Tylko seler naciowy w klapie marynarki (płaszcza?) go ratuje. No ale nie mogę go sobie odpuścić, bo (jak usłużnie podpowiada mi TARDIS wiki) początek przygody Rudego z Doctorem to również początek Black Guardian Trilogy, więc wypada obejrzeć całość. No, ale dwie trzecie już za mną.

Fabuła od początku jest dość zabawna. Rudy mało dyskretnie gada z Black Guardianem i jeszcze mniej dyskretnie szpieguje. Dostaje jednak pokój w TARDIS. Używany co prawda, po Adricu (jak znów mi mówi TARDIS wiki), ale zawsze. Jak tylko zostaje sam, to rusza do konsoli TARDIS i stara się wyrwać jej serce! Gołymi rękami. Trochę mi się to kłóci z tym, co widziałam w Boomtown i Parting of the Ways, ale whatever. Dzięki, RTD! W każdym razie Rudy osiąga jakiś efekt - TARDIS zaczyna się rozpadać czy raczej rozmazywać. Doctor oczywiście ratuje sytuację, ale biedna Nyssa zmuszona jest przejść przez tajemnicze drzwi, które pojawiły się w jej pokoju. Dodam, że na drzwiach widnieje jeszcze bardziej tajemnicza (i kolorowa!) czacha.

TARDIS uratowana, teraz trzeba się zająć Nyssą. Doctor rusza za nią przez tajemnicze drzwi, uprzednio nakazawszy Rudemu i Tegan zostać na miejscu. I oni nawet słuchają! Choć oczywiście nie na długo. Okazuje się, że przejście wiodło do statku kosmicznego (znowu! nuda), na którym nie ma nikogo oprócz jakichś obandażowanych wyjców i robota z wypustkami. Podczas gdy Doctor odnajduje Nyssę, Turlough konspiruje z Black Guardianem i utyka z Tegan pod podłogą. Poznajemy też nowych bohaterów - Kari i Olvira, którzy chyba zapatrzyli się na Davida Bowie (bez urazy dla Davida). Dodatkowo, Olvir ma kucyk zupełnie taki jak Rory! I jakże gustowny makijaż. Po statku pałęta się również cała ekipa piaskowych dziadków w pelerynach, którzy okazują się być jakąś organizacją zajmującą się trędowatymi. Tak, TRĘDOWATYMI. W kosmosie! Na dodatek ćpają coś zielonego.

To jeszcze nie wszystkie osoby dramatu. Na usługach rycerzy pozostaje dziwaczne stworzenie z głową psa i czerwonymi oczami, ubrane w szałowe wdzianko z szarych trójkącików. Nie przypuszczałam, że zatęsknię za różowymi falbankami!

Zastanawiam się, czy będzie odcinek, w którym oni będą biegali wszyscy razem? Chociaż wtedy nie upchnęliby tylu wątków... Doctor i Kari muszą uratować Wszechświat przed zniszczeniem w ponownym Wielkim Wybuchu, Olvir biega za Nyssą, która zaraziła się trądem i zrzuca z siebie kolejne warstwy ciuchów, a Rudy i Tegan siedzą w klimatyzacji, chyba po to, żeby nie przeszkadzali.

A na koniec Nyssa postanawia opuścić Doctora i umrzeć za ojczyznę. Amen.

Obejrzyjcie na DailyMotion.
Poczytajcie na BBC i na TARDIS Wiki.

poniedziałek, 5 lipca 2010

'Mawdryn Undead' - obejrzawszy

Tak, w końcu wzięłam się stare, to znaczy klasyczne, serie.

Zaczęłam zupełnie od środka, ale wcale nie tak zupełnie bez sensu. Mawdryn Undead jest bowiem pierwszym odcinkiem, w którym pojawia się Turlough - rudy chłopiec, pragnący przyłączyć się do Piątego, w celu (uwaga!) zabicia go. Bardzo dramatyczne. Przez cały odcinek moje uczucia skakały od Ale o co chodzi? przez Co za bzdura! do Hmm... Całkiem niezły pomysł.

Zacznijmy od czołówki. Niezła. Twarz Petera Davisona układająca się z gwiazd... Ładne to. Nie takie widowiskowe jak te dzisiejsze czołówki, ale i tak mi się podoba.

I od razu pojawia się Turlough. Nie dość, że rudy, to w szałowym kapeluszu (o jakim nie tak skrycie marzę). Ponadto - demoralizuje kolegę i namawia go do szybkiej jazdy samochodem, co oczywiście kończy się wypadkiem. Chłopcy wpadają na Brygadiera! Niegrzeczny Turlough traci przytomność i we śnie zjawia mu się tajemniczy złol w szałowym wdzianku. Jest to nie kto inny jak Black Guardian, który podpuszcza niewinnego młodzieńca, żeby zabił Doctora. Łotr, jednym słowem. Na dodatek ma na głowie jakiś martwy drób, który początkowo wzięłam za wodorosty. Nie wiem zresztą, co gorsze. Po chwili znika, ale komunikuje się z naszym bohaterem za pomocą dość tandetnego plastikowego kryształu, któremu brakuje tylko napisu Pamiątka z Zakopanego.

Tymczasem Doctor, do spółki z Tegan i Nyssą (które obie ganiają w mini, więc nie wiem, jak można się czepiać spódniczek Amy) lądują TARDIS na tajemniczym statku kosmicznym wyglądającym jak luksusowy prom (bynajmniej nie kosmiczny). Złoto, marmury, kandelabry. Wiecie. Na ten sam statek przenosi się Turlough z pomocą Black Guardiana i czegoś wyglądającego jak wielka wyciskarka do cytrusów. Spotyka Doctora i razem wracają na Ziemię. I tu zaczyna się przygoda.

Po pierwsze, Brygadier nie pamięta Doctora. Po drugie, u Tegan i Nyssy w TARDIS zjawia się tajemniczy gość, który podaje się za Doctora po regeneracji, ale wygląda, jakby ktoś go starannie pomalował czarnym markerem. Pamiętajcie,  jak ktoś was pomaluje markerem, połóżcie się na podłodze i przykryjcie kocem. Pomaga. Po trzecie, dziewczęta lądują w TARDIS we właściwym miejscu, ale z niewłaściwym czasie i zabierają ze sobą na statek młodego Brygadiera. Na statek wracają też Doctor, Rudy i stary Brygadier. Przez pół odcinka wszystko dzieje się w dwóch czasach jednocześnie. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy tajemniczy nieznajomy okazuje się być nieumarłym draniem, który na dodatek ma siedmiu równie nieumarłych kumpli. I wszyscy chcą, żeby Doctor poświęcił dla nich swoje pozostałe regeneracje, co pozwoli im umrzeć. Jednym słowem - dramat.

I wszystko w szałowej scenografii, której motywem przewodnim są chyba pastelowe kolory. Biało-różowa TARDIS, fioletowe laboratorium kosmiczne... Nawet na nieumarłych dominują fiolet i róż. I gustowne falbanki. Tylko stary Brygadier ze swoją marynarką w stylu Jedenastego ratuje sytuację.

Obejrzyjcie na DailyMotion.
Poczytajcie na TARDIS Wiki.
Poczytajcie na BBC.

sobota, 26 czerwca 2010

Coś dziwnego

Właśnie sobie uświadomiłam, kiedy opadły ze mnie te wszystkie emocje:

POZYTYWNY FINAŁ!!!

Nie do pomyślenia za czasów RTD. Dziękuję, panie Moffat.

Było bajkowo. Było strasznie. Było wzruszająco. Było zabawnie. Było smutno. Było absurdalnie. Było paradoksalnie. Było romantycznie. Było tajemniczo. Było zaskakująco. Było wariacko.
BYŁO FANTASTYCZNIE!

'The Big Bang' - obejrzawszy

Something old, something new, something borrowed, something BLUE!

Właśnie za to uwielbiam Moffata! Bierze cholerny ślubny zwyczaj, który każdy z nas zna od przedszkola i robi z niego zaklęcie przywołujące TARDIS! Nie do uwierzenia. Steven Moffat to najlepsze, co mogło się przytrafić Doctorowi Who.

Hmm... Wciąż nie wiemy, kim był tajemniczy złol! Ktoś wysadził TARDIS. Może dowiemy się w Święta. Choć wątpię. Jeszcze tylko około 180 dni do specjalnego odcinka. Damy radę. A plotki o Omedze wciąż mogą być prawdziwe!

To, jak Doctor w najlepsze bawił się czasem było NIESAMOWITE.

Dobrze, że nikt nie widział mojej twarzy i reakcji podczas oglądania. Powtórzyłam BOŻE! jakieś 15 razy jeszcze przed czołówką. A kiedy okazało się, że w Pandorice siedzi Amy tylko złapałam się za głowę. Wszystko takie niesamowicie pokręcone... Super.

Oficjalnie się przyznaję: uwielbiam River Song. Fantastyczna postać. Mimo że wciąż dokładnie nie wiemy, kim jest. Ta jej rozmowa z Doctorem pod koniec właściwie nic nie wyjaśniła... Raczej zasugerowała dużo mojej wypaczonej wyobraźni.

Matt we fraku i cylindrze wyglądał BOSKO.

I jeszcze podziękowania od Matta i Karen specjalnie dla Was.

Nie jest to może najlepszej jakości notka, ale trudno mi cokolwiek składnego powiedzieć. Chyba tylko, że kocham Moffata.

sobota, 19 czerwca 2010

'The Pandorica Opens' - obejrzawszy

Aaa.
Aaa.
...
O dżizasie.
Obawiam się, że przez ten cholerny serial skończę z jakąś nerwicą.
Panie Moffat! Ależ pan wymyślił!
Sytuacja bez wyjścia, tak? No, lepiej bym tego nie nazwała.
Amy nie żyje. I na dodatek zabił ją Rory.
River nie żyje.
TARDIS wybuchła.
Doctor zamknięty w Pandorice przez bandę kosmitów.
Gwiazdy gasną i zapada cisza.
Toż to jakiś koszmar!
Łzy mi kapią na klawiaturę i ręce mi się trzęsą.
To chyba nie jest zdrowa reakcja.
I gdzie 'Next time'??? To będzie naprawdę długi tydzień...

Dobrze. A teraz może spokojniej.
Wiemy przecież, że River to przeżyła. Musiała, bo umiera w innym miejscu. Może użyła vortex manipulatora, żeby w ostatnim momencie uciec z wybuchającej TARDIS? I powiedziała Sorry, my love.
Na tych zdjęciach z The Big Bang, zanim je BBC pracowicie usunęło, była też mała Amy. Szlag, szlag, szlag. Ciekawe, skąd ona się tam weźmie. A z drugiej strony - scena z Flesh and Stone, w której Doctor wraca do Amy i każe jej przypomnieć sobie coś, co mówił jej, gdy miała 7 lat... Może to też ma jakiś związek? Oj, gubimy się w domysłach.
To był zdecydowanie najlepszy odcinek serii. Boję się nawet myśleć, na jakim poziomie będzie następny. Taki cliffhanger to nie byle co! Tyle że Moffat bardzo wysoko ustawił sobie poprzeczkę. Oby podołał.
Przeglądam teraz spoilery sprzed kilku dni... Miałam rację, że na starożytnej skale napisane będzie Hello sweetie i że River będzie pilotować TARDIS, ale nie wpadłabym na to, że to ona ją wybuchnie! Zresztą - scena, w której doktor Song otwiera drzwi TARDIS, a tam kamienna ściana - przerażające! Podobnie jak Doctor ciągnięty siłą do Pandoriki, zamykany w niej, przerażony, bezsilny, próbujący przekonać swoich wrogów, że się mylą... Doskonałe. A co do przymierza - myślałam raczej, że to Doctor dogada się z kimś nietypowym, a nie że wszyscy kosmici się zjednoczą.
Cała sekwencja sprzed czołówki - van Gogh, Churchill, River Song, Liz Ten - też bardzo dobra, ciekawa i dynamiczna. Dzięki niej od razu wciągnęłam się w akcję i miałam ochotę krzyczeć, żeby pokazali w końcu ten obraz. 
Wciąż nie mogę uwierzyć, że rozwalili TARDIS.
Śmieszna ta pełzająca głowa Cybermana. Taki Burton więcej.
A ostatnim słowem odcinka było ukochany, a nie miłość. Musicie wybaczyć mi ten błąd. Po angielsku to brzmi tak samo.
Ależ się rozpisałam. A i tak na pewno zapomniałam o połowie istotnych spraw.
EDIT: Jeszcze jedno (oczywiście) - czyj głos gadał w TARDIS Silence will fall??? Czyli nie zapoznali nas jeszcze z głównym złolem?

sobota, 5 czerwca 2010

'Vincent and the Doctor' - obejrzawszy

  • Tony Curran jest identyczny jak van Gogh. Identyczny.
  • Ha! Mówiłam, że będzie niewidzialny potwór! Bardzo dobry sposób zaoszczędzenia na CGI. Uwielbiam to w Doctorze Who.
  • Van Gogh leciał na Amy! Nie dziwię mu się. ;]
  • Za mało Billa. Jestem rozczarowana.
  • Doctor ma dwugłową, śmierdzącą matkę chrzestną. Chciałabym ją zobaczyć! 
  • A wracając do kosmity - taki trochę drobiowy był. Może jakiś mój kuzyn?
  • Tak jak myślałam, zobaczyliśmy Pierwszego Doctora. I Drugiego.
  • Niestety van Gogh nie machnął portretu Amy i Doctora, a zmiana wystroju TARDIS była tylko zewnętrzna. NUDA. ;D
  • Van Gogh słyszy kolory!
  • Chciałabym, żeby pan Curtis napisał jeszcze jakiś odcinek. To było naprawdę niezłe. Inne niż wszystkie odcinki. Kosmita też tak na siłę, mogłoby go nie być w zasadzie, a odcinek i tak byłby świetny.
To wszystko na razie, bo dopadła mnie grypa hiszpanka i nie jestem zbytnio przytomna. Pozdro dla wtorkowego egzaminu. XD

niedziela, 30 maja 2010

'Cold Blood' - obejrzawszy

Tylko kilka uwag, bo godzina iście pogańska.
Rzeczywiście, odcinek dużo lepszy od poprzedniego! I naprawdę, naprawdę piąta seria nie jest dziecinna.
Kawałek TARDIS w pęknięciu...? Czyli albo TARDIS zostanie zniszczona w finałowym Wielkim Wybuchu, albo wręcz go spowoduje. Bardzo mrocznie i tajemniczo.
Zabili Rory'ego! Jak tak można?!
Podoba mi się pomysł z Sylurianami czekającymi 1000 lat na przebudzenie. Eliot (wyglądający jak mój siostrzeniec) na pewno zadba o to, żeby legenda się rozeszła i ludzie przyjęli ich z otwartymi ramionami.
Cały czas przeżywam tą śmierć Rory'ego. I jeszcze biedna Amy go nie pamięta. Ale wiemy, że będzie w finale! Więc co też Moff wykombinował... A. Tak w ogóle, to Sylurianie mają się jeszcze pojawić w finale. A w zwiastunach był też Cyberman - u van Gogha raczej go nie zobaczymy, więc do wyboru zostaje odcinek 11. i finał właśnie.
Combom zauważa też, że Rory został zabity już 3 razy w tej serii. 2 razy w Amy's choice. Nie ma chłopak szczęścia.
Doctor był bardzo bardzo dobry w tym odcinku. Podoba mi się, że pozwala innym się wykazać, nie załatwia wszystkiego sam. Jak kazał Nasreen i Amy wystąpić w imieniu rasy ludzkiej! Super. Z drugiej strony, on chyba w imieniu ludzi nie powinien się wypowiadać... ;]
I jak go torturowali! Biedaczysko!
Ciekawa jestem, jakim cudem światło z pęknięcia go nie pochłonęło, kiedy w nim grzebał.
Scena, kiedy odciąga Amy od ciała Rory'ego - przejmująca. Naprawdę straszna. Dobrze, że za tydzień zapowiada się coś bardziej absurdalnego i lekkiego, mam nadzieję.
Trailer 10. odcinka za chwilę. :)

środa, 26 maja 2010

"Cold Blood" - spoilery

Dzisiaj szybko, byle jak i w dodatku po angielsku.
Magazyn SFX podaje 11 spoilerów dotyczących sobotniego odcinka.
1. Some advice: don’t go out in the sun and tape this one to watch later. Stay in and watch it live.
2. It’s much, much better than the first part. Though that’s largely due to stunning developments in the arc plot, not the Silurian storyline.
3. You may suddenly find yourself half-expecting to see the Moxx of Balhoon trundling in through a doorway.
4. A reference to a vegetable will make long-term fans smile.
5. Something that last happened millions upon millions of years ago happens again. Though it’s not as memorable as last time.
6. A phrase popularised by Sir Alex Ferguson is used twice.
7. The Doctor finds a use for the sonic screwdriver that would have really come in handy about, ooh, a million times before.
8. A prophecy is fulfilled.
9. You might find yourself remembering a sperm whale and a bowl of petunias…
10. … And thinking, “Oh no, not again”.
11. At one point, the Doctor pulls out something that’ll make your jaw drop. It’s a sign of what is to come. Well, part of it…

Whomanistkę i jej zdolności tłumacza wchłonął time vortex i nie zanosi się, żeby w najbliższym czasie do nas wróciła. Doctor jest zajęty Sylurianami, więc ekspedycja ratunkowa musi poczekać. Chyba, że ktoś zgłasza się na ochotnika?

I znowu "Cold Blood"

Tym razem zdjęcia:

-Doctor i jego śrubokęt :)

- więcej Sylurian

Zdjęcia znalezione tu.

sobota, 15 maja 2010

'Amy's Choice' - obejrzawszy

I się zachwyciwszy.
Genialny odcinek. Wspaniały. Mam nadzieję, że Simon Nyes jeszcze coś napisze. Chłopak pokazał, co potrafi.
Reakcja Doctora na rodzącą Amy - bezcenna! Śmiałam się jak głupek.
Bardzo bardzo chcę taki kapelusz, jaki miał Dream Lord u rzeźnika.
Właśnie - Dream Lord - jaki mrok! Co za przerażająca postać. Czy to odbicie na końcu sugerowało, że jeszcze się pojawi? Że jeszcze będziemy mieć do czynienia z Dark Doctorem?
Oba światy okazały się być snami!
Podobał mi się wkurzony Rory. Chłopak się rozkręca.
Podobała mi się też determinacja Amy. Nie ma Rory'ego, więc nie chce żyć. Wzruszające.
To naprawdę był najlepszy występ Matta. On JEST Doctorem.
Nie wiem, jak dali radę osiągnąć to, że odcinek był jednocześnie trzymający w napięciu, trochę niepokojący, bardzo bardzo dobry i miejscami naprawdę zabawny. Plus kiczowaty kosmita w pakiecie. Plus bardzo dobra grafika ludzi zmieniających się w pył! SUPER.
Może jakiś cytat na koniec?
Dreamlord: What do you think, Amy? Let’s all jump under a bus and wake up in the TARDIS. You first.
Eleven: Leave her alone.
Dreamlord: Do that again. I love when he does that. Tall, dark hero. “Leave her alone”.
Rory: Just leave her.
Dreamlord: Yes, you’re not quite so impressive. But I know where your heart lies, Amy Pond.

sobota, 1 maja 2010

'Flesh and Stone' - obejrzawszy

No, nie tak straszne jak się spodziewałam. W zeszłym tygodniu bałam się bardziej, ale i tak było nieźle.
Wciąż nie wiemy, za co dokładnie River siedziała w więzieniu. Za zabicie najlepszego człowieka, jakiego znała, ale czy chodzi o Doctora? Na to wygląda, niestety. I w związku z tym, nie wierzę w prawdziwość tej teorii. Zbyt oczywiste. Podejrzanie oczywiste.
No i niech mi ktoś teraz spróbuje wmówić, że Amy nie leci na Doctora!
Uuu, Anioły się ruszają. Zło i mrok.
Ważna data - 26 czerwca 2010. Czemu ważna? Tego nie wiemy, ale jest to data emisji finałowego odcinka. Wtedy się dowiemy. ^^
Strasznie to nieskładne, ale chyba za późno na racjonalne myślenie.

sobota, 24 kwietnia 2010

'The Time of Angels' - moim zdaniem

To był fantastyczny odcinek! Genialny.
River irytuje mnie jakby troszkę mniej... Nie. Nieprawda. Wkurza mnie Alex Kingston, której nie lubię i uważam, że nie nadaje się do tej roli. Nie i już. Jest paskudna poza tym. Ale River to świetna postać. Podoba mi się to, że rządzi się w TARDIS, że krzyczy na Doctora, że jest pewna siebie. Intryguje mnie, kim jest.
Matko, dobrze, że mogę się tu wypisać, może się trochę uspokoję, bo odcinek był przerażający. Boję się tych cholernych Aniołów, które, jak się okazało, wcale jak Anioły nie muszą wyglądać. Mam nadzieję, że żaden nie wylezie z mojego monitora. Ciekawa jestem, co też drogi Moff wykombinował.
Kocham Jedenastego. Wspaniały Doctor.
Ale dlaczego te odcinki trwają tak krótko???
Chciałam serdecznie pogratulować BBC wyemitowania zapowiedzi o następnym programie w najbardziej emocjonującym momencie odcinka. Brawo, wkurzyliście WSZYSTKICH fanów.
Scena, w której Doctor przekonuje Amy, że jej ręka nie jest kamienna... Wspaniała! Uwielbiam tą dwójkę. Ciekawi mnie, jaką rolę w tej historii odegra jeszcze Amy. Co tak naprawdę ten Anioł jej zrobił.
Więcej napiszę, jak obejrzę jeszcze kilka razy, najlepiej z napisami.
Jak ja przeżyję ten tydzień?